Caroline Janice Cherryh
Przybysz
. Księga 3 . Rozdział 6 .
Wesoła noc - rzekła aiji - wdowa przy herbacie, której
nieszkodliwość gwarantowała własnym słowem. Spałeś, nand' paidhi?
- Z przerwami.
Ilisidi roześmiała się cicho i pokazała ręką na smoketkę lecącą
nad zamglonym, chłodnym jeziorem. Z poręczy balkonu skapywały krople niedawno
padającego deszczu. Nad górami po drugiej stronie jeziora wzeszło złociste
słońce, rozświetlając swym blaskiem mgłę. Smoketka zanurkowała wzdłuż ściany
urwiska, rozpostarłszy w słońcu błoniaste skrzydła, po czym znów wzbiła się w
górę, trzymając coś w szponach.
Drapieżnik i ofiara.
- To pasożyty - odezwała się Ilisidi. - Mecheiti ich nie
znoszą, ale nie pozwalam niszczyć ich gniazda. Były tu pierwsze. Co na to powie
paidhi?
- Paidhi się z tobą zgadza.
- Że ci, co byli tu pierwsi, mają naturalne prawo do tego
miejsca?
Dwa łyki herbaty, jeden kęs bułki i Ilisidi atakuje. Banichi
powiedział, żeby uważał, ale Tabini twierdził, że da sobie radę. Najpierw chciał
się zgodzić, a potem pomyślał, czyby nie dać jakiejś wymijającej odpowiedzi. W
końcu rzekł:
- Paidhi zgadza się, że nie powinno się przerywać łańcucha
życia. Że utrata tego gniazda zubożyłaby Malguri.
Ilisidi utkwiła w nim swe blade oczy równie pozbawione
wszelkiego wyrazu, jak oczy Banichiego, kiedy tego chciał może była zła, że Bren
zmienił temat.
Nie udało mu się jednak odejść od kierunku rozmowy.
- To rozbójnicy - powiedziała Ilisidi.
- Ale nie do zastąpienia - odrzekł.
- Szkodniki.
- Przeszłość potrzebuje przyszłości. Przyszłość potrzebuje
przeszłości.
- Szkodniki, powiadam, które postanowiłam ochronić.
- Paidhi zgadza się. Jak się nazywają?
- Wi'itkitiin. Taki wydają dźwięk.
- Wi'itkitiin. - Popatrzył na następnego lotnika pokrytego
łuską i piórami, zadając sobie w duchu pytanie, czy Ziemia znała coś podobnego.
- Nic innego nie wydaje takiego dźwięku.
- Nie.
- To wystarczający powód, by je oszczędzić.
Usta Ilisidi zacisnęły się, sugerując rozbawienie. Wdowa zjadła
kilka łyżek płatków zbożowych oraz parę cienkich plasterków śniadaniowego steku.
Bren dotrzymywał jej kroku, świadomy, że nie mówi się do aiji -
wdowy, kiedy ona myśli, a wspaniałe śniadanie stygnie. Kiedy się zastanawiał, w
jaki sposób potrawy zostały podgrzane czy ugotowane, Cenedi powiedział, że
przyrządzono je na ogniu z drewna. Przypuszczał, że dokonano tego w kuchennym
kominku, jeśli tylko w kuchni jest kominek. Dudnienie, o którym Jago twierdziła,
że to generator, ustało jeszcze w nocy. Może maszynie skończyło się paliwo albo
się zepsuła. Pracownicy Elektrowni Maidingi przysięgali na swoje życie i honor;
że Malguri będzie miało prąd, gdy tylko, jak mówili, przywrócą elektryczność w
dzielnicy miasta Maidingi, w której tego ranka było ciemno i zimno.
Tymczasem zamek jakoś sobie radził: ogień na kominkach ogrzewał
sale i pozwalał gotować, świece oświetlały miejsca, do których nie docierało
światło z okien - te systemy niegdyś były w Malguri obowiązujące. Aiji - wdowa
poleciła nakryć do śniadania na balkonie, w chłodnym, górskim powietrzu letniego
poranka. Jak to dobrze, pomyślał Bren, że z powodu zimna panującego w pokojach
włożył grubszy kaftan. Z jego filiżanki unosiła się para. Było rześko - nie
pamiętało się tu o dusznych nocach, stanowiących regułę w tym miesiącu w
stolicy, i o burzach nadchodzących znad morza.
Przy świecach, płonącym ogniu i wśród starożytnych murów łatwo
mógł sobie tego mglistego poranka wyobrazić, że przeniósł się w inne czasy, że z
mgły po drugiej stronie jeziora w każdej chwili mogą się wyłonić wiosłowe statki
z herbami na żaglach.
Przeleciała kolejna smoketka, wypatrując ofiary. Z wysokości
spłynęło do nich jej żałosne wołanie.
- O czym myślisz, Paidhi? Wpadłeś na jakąś mądrą i odkrywczą
myśl?
- O statkach. O ogniu podsycanym drewnem. O tym, że Malguri nie
potrzebuje niczego z zewnątrz, żeby przeżyć.
Aiji - wdowa zacisnęła usta i
oparła podbródek na zwiniętej dłoni.
- Aei, jakieś sto osób personelu robi świece, zajmuje się
praniem i nosi drewno - i zamek trwa. Kolejne pięćset osób do orania,
oporządzania i polowania, żeby nakarmić tych, co robią świece, praczy, drwali i
samych siebie: O tak, jesteśmy samowystarczalni! Poza kowalami i kopistami,
którzy nas zaopatrują w swoje wyroby, oraz jeźdźcami i kanonierami; broniącymi
tego wszystkiego przed osobami spoza Patronatu, którzy nie chcą włączyć się do
pracy i wolą żerować na innych. W Malguri była elektryczność jeszcze przed
waszym przybyciem, nadi, zapewniam cię.
Napiła się herbaty, odstawiła filiżankę i machnęła serwetką na
Cenediego, który stał w drzwiach i dyrygował służbą.
Bren uznał, że śniadanie
się skończyło. Chciał wstać, lecz Ilisidi pokazała ręką na schody prowadzące na
dół z tarasu.
- Chodź.
Był schwytany, osaczony.
- Błagam wdowę o wybaczenie. Moja ochrona absolutnie zakazuje
mi...
- Zakazuje! Oburzające. A może mój wnuk nastawił ich wrogo do
mnie?
- Nic podobnego, zapewniam cię z najwyższym szacunkiem. Wyrażał
się bardzo pozytywnie...
- To niech twoja ochrona ucieknie się do swojej słynnej
pomysłowości. - Odsunęła krzesło. Cenedi podbiegł, żeby jej pomóc i podać laskę.
- No już, pokażę ci resztę Malguri. Pokażę ci Malguri z twojej wyobraźni.
Nie wiedział, co robić. Nie była wrogiem - przynajmniej miał
taką nadzieję - i nie chciał, żeby nim się stała. Tabini, niech go diabli,
wysyłając go, wiedział, że przebywa tu jego babka. Banichi robił mu ostre
wymówki, że przyjął zaproszenie, nie wysłuchawszy jego niewątpliwie mądrej rady.
Zdany na gościnność wdowy, paidhi nie widział innego wyjścia jak paść z jękiem
na podłogę i oznajmić, że dostał bólów brzucha - co raczej nie stanowiłoby
komplementu dla i tak zmartwionego kucharza - albo wstać od stołu, pójść za
staruszką i obejrzeć to, co chciała mu pokazać.
To ostatnie wydawało się mniej szkodliwe dla pokoju. Wątpił,
czy Banichi doradziłby mu coś innego. Podążył więc za Ilisidi na skraj tarasu,
zszedł po kamiennych stopniach na następny taras, a potem na następny, a po
pokonaniu kolejnych schodów znalazł się na dziedzińcu wyłożonym kamiennymi
płytami. Wszystko odbywało się bez pośpiechu, Cenedi szedł przed wdową, a jej
czterech ochroniarzy zamykało pochód.
Bren znalazł się niżej, niż sądził. Poszli dalej w głąb
fortecy, najpierw przez dziedziniec otoczony murem, potem przez drugi, podobny
dziedziniec, pachnący świeżą ziemią, gdzie całkowicie już stracił poczucie
kierunku, wraz z przekonaniem, że mądrze robi, idąc z obcymi.
Banichi mnie zabije, pomyślał. Jago zgłosi Zamiar przeciwko
mnie - o ile ochrona wdowy nie zamierzała tego zrobić od samego początku.
Banichi nie będzie miał pojęcia, dokąd poszedłem, jeśli mnie nie śledzi...
Było to, skoro już o tym pomyślał, wielce prawdopodobne...
Coś mocno uderzyło w bramę przed nimi. Kiedy Cenedi ją
otworzył, dał się słyszeć groźny kwik, którego nigdy nie słyszał z bliska, a
znał jedynie z dramatów machimi...
Mecheiti, pomyślał z niepokojem, widząc, jak najpierw Cenedi, a
potem wdowa przechodzą przez bramę. Przybliżone Ekwiwalenty podawały słowo
"koń".
Wyraz "koń" nie oddawał jednak tej kompletnej ciemności za
bramą, wyrywającej się trzymającym ją służącym, potrząsającej głową, grożącej
wszystkim wokół swymi potężnymi kłami, które służyły do rycia - był to "koń"
tylko dlatego, że atevi na nim jeździli, był to "koń" w atewskiej skali,
stworzenie, które pomagało im przemierzać kontynenty, ciągnąć wozy i patrolować
granice. Rzucało głową i wyrywało się stajennym, zgrzytając potężnymi zębami. Na
kły miało nałożone złote ochraniacze. Jego uździenica połyskiwała paciorkami
wśród kosmyków gęstej, rozwianej grzywy. Było to rozhukane zwierzę, przerażające
w swej nieopanowanej sile, z jaką miotało stajennymi.
Bren zatrzymał się roztropnie w bramie, lecz Ilisidi szła dalej
za Cenedim. Inni ochroniarze - było ich teraz więcej niż na początku drogi -
mijali go, dowodząc w ten sposób, że mimo świadectwa zmysłów niepotrzebnie się
boi. Zebrał się więc na odwagę i ruszył za ostatnim strażnikiem, doznając w
towarzystwie tych wysokich istot nagłego wrażania odwrócenia perspektywy: świat
nagle dopasował się rozmiarami do atevich i delikatna stara ateva, opierająca
się na lasce u boku tego strasznego stworzenia i wyciągająca do niego rękę,
nabrała tych samych gigantycznych proporcji, tej samej przerażającej czerni. To
mogło się dziać przed wiekami w Malguri. To mógłby być jakiś aiji z epoki
walk...
Patrzył z niepokojem, jak mecheita pochyla olbrzymi łeb i
bierze coś z ręki Ilisidi. Przełknął smakołyk i zaczął delikatnie muskać jej
palce zwisającą górną wargą, jakby spodziewał się dokładki. Bren zdał sobie
sprawę, że potwór, tak delikatny teraz w ruchach, bawi się, reagując na palce
wdowy pochyleniem łba i łagodnym dotykiem, jakiego Bren by nie podejrzewał,
sądząc z zachowania mecheity względem stajennych.
Mydlenie oczu i bufonada, pomyślał Bren. Ten stwór to
pieszczoch. To wszystko było na pokaz, dla zrobienia wrażenia na paidhim, tym
głupim człowieku.
- No, chodź - zachęciła go Ilisidi, oglądając się na niego.
Rękę trzymającą laskę położyła na szyi mecheity, opierając się na nim. Życzyła
sobie, żeby Bren podszedł.
No cóż, już nieraz atevi , - łącznie z Tabinim -
próbowali go zastraszyć. Na dworze zastawiali na niego pułapki, chcąc, by
stracił godność, a wraz z nią i wiarogodność. Znał tę grę. Wzbudził w sobie
niewielki gniew i rozbawienie, na jakie to wszystko zasługiwało, podszedł do
mecheity z sercem podchodzącym do gardła i ostrożnie wyciągnął rękę. Spodziewał
się, że jeśli pojawi się prawdziwe niebezpieczeństwo, wdowa go ostrzeże.
Nie
ufał jednak zwierzęciu do końca. Był gotów błyskawicznie cofnąć rękę, kiedy
mecheita wyciągnął ku niemu szyję i szarpnął się do tyłu.
Bren zrobił to samo. Serce waliło mu jak młotem.
- Jeszcze raz
- rzekła Ilisidi. - Jeszcze raz, paidhi. Nie przejmuj się. Od kilku lat nie
odgryza już palców.
Nabrał tchu i po raz drugi wyciągnął rękę - tym razem i on, i
zwierzę byli ostrożniejsi, nozdrza mecheity gwałtownie otwierały się i zamykały,
pewnie chwytał jego zapach - przypomniał sobie ze studiów, że takie zwierzęta
kierują się głównie węchem. Głowa zwierzęcia była tak długa, jak ręka Brena od
ramienia po czubki palców, a jego tułów przesłaniał słońce. Robił się coraz
śmielszy, badając dłoń człowieka chwytną górną wargą. Nie wydawał się wrogo
nastawiony, choć ciągnął jego palce w dół, ku zwieńczonym złotem kłom.
Na nosie miał niewielkie rogowe zgrubienie. Było ono nagie,
szare i gładkie. Wścibska warga była pokryta zmarszczkami i zwężała się między
kłami. Mecheita badał palce Brena, z wyraźnym entuzjazmem sapiąc i dmuchając na
niego ciepłym oddechem, strzygąc uszami jak wtedy, gdy witał się z wdową, i
najwyraźniej nie mając Brenowi za złe, że nie ma dla niego żadnego smakołyku.
Łaskotał delikatną skórę między palcami Brena i badał ich opuszki językiem
szorstkim jak pilnik.
Zwierz już nie cofał się przed nim, lecz podtrzymywał ten
dziwny kontakt, zajmując się palcami człowieka z entuzjazmem, mogącym zetrzeć z
nich całą skórę. Bren był zachwycony, przestraszony i oczarowany, że coś na tym
świecie poznaje go z taką całkowitą, nieskomplikowaną ciekawością - i akceptuje
go. Wbrew nadziejom wdowy, liczącej na zmieszanie Brena, stworowi nie
przeszkadzał jego obcy zapach.
Wtem mecheita pozwolił sobie na ostateczną, nieoczekiwaną
poufałość i szturchnął Brena nosem w twarz. Bren wyrzucił w górę ręce, żeby go
odepchnąć - i następny widok mecheity miał już z kamiennych płyt, na których
leżał i patrzył na jego potężny cień.
- Hei - rzekła Ilisidi, stojąc nad Brenem z ręką na uździenicy
wierzchowca. - Nie naciskaj nosa, nand' paidhi. Babs przeprasza, prawda, Babs?
Nie spodziewałeś się ręki na nosie, co, biedaku?
Brenowi udało się jakoś wstać. Głowę uratował przed zetknięciem
z płytami, ale nie siedzenie. Otrzepał się i uparcie znowu wyciągnął rękę do
mecheity - okazywanie zażenowania nie było przyjęte wśród atevich, mimo że wdowa
podśmiewywała się z jego przygody i powiedziała, że powinien wziąć Nokhadę,
stosunkowo spokojnego wierzchowca.
- Wziąć... dokąd, aiji - mai?
- W objazd po Malguri, oczywiście - oznajmiła Ilisidi, jakby
jego wcześniejsza zgoda obejmowała wszystko. Oddała laskę Cenediemu, odgarnęła
połę kaftana i uderzyła Babsa po łopatce, co było sygnałem - Bren widział to w
telewizji - żeby ugiął przednią nogę. Inny służący podsadził Ilisidi na
złączonych dłoniach i w chwili, kiedy Babs dźwigał się w górę, wdowa wyćwiczonym
ruchem usiadła w siodle. Wszystko odbyło się gładko i szybko, niczym dworski
ukłon. Ilisidi i mecheita górowali nad Brenem, odcinając się czernią na tle
nieba: zwierz cały był cieniem, a Ilisidi, której blade oczy stanowiły jedyny
jasny punkt tego obrazu, przypominała postać z gwałtownej przeszłości Malguri.
Przepłynęła obok niego, odwróciła się i niecierpliwie ponaglała resztę.
Przy wejściu do dalej położonego budynku zawrzało. Była to
stajnia, z której stajenni wyprowadzali następne mecheiti wir czarnych
kształtów, z miejsca, gdzie stał Bren, wyglądających na równie wysokie i groźne;
po jednym dla każdej osoby towarzyszącej Ilisidi.
W tym również dla niego.
- Wybacz mi - zaczął, gdy Cenedi skinął na stajennych, by
przyprowadzili Brenowi jednego z wierzchowców. - To nie zostało zaaprobowane.
Nie potrafię jeździć. Pragnę przypomnieć, że zostałem przysłany tu dla mojego
własnego bezpieczeństwa, na czym bardzo ucierpiały pewne ważne sprawy,
wymagające mojej obecności na dworce - nie uzgadniałem tego z moją ochroną,
której reputacja...
Widok przesłoniła mu Nokhada, żywa góra przesuwająca się między
nim i kamiennym murem Malguri.
- Daj jej się powąchać - poradził Cenedi, zatrzymując mecheitę
szarpnięciem powroza, na którym go prowadził. - Tylko nie dotykaj nosa. Reakcja
jest mimowolna. Kły mają ochraniacze, ale mimo wszystko... mogą spowodować
obrażenia.
Mecheita wyciągnęła szyję, by leniwie powąchać rękę Brena, a
potem już z większą ciekawością zająć się jego ubraniem, polizać go po twarzy i
spróbować uszczypnąć w szyję. Bren cofnął się, widząc zamach wielkiego łba, ale
zrobił to niezdarnie i tępy kieł trafił go w szczękę, zapalając mu w oczach
wszystkie gwiazdy. Cenedi przytrzymał Nokhadę, a służący, nie zważając na
protesty Brena, przygotowywali się do podsadzenia go tak, jak pomogli Ilisidi.
- Włóż nogę tutaj, nand' paidhi, tak jest zupełnie dobrze.
- Nie potrafię jeździć, do cholery, nie wiem, jak to się robi!
- Wszystko w porządku - rzekł Cenedi. - Trzymaj się tylko
pierścieni. Nie dotykaj wodzy. Ona pójdzie za Babsem.
- Dokąd? - zapytał bez ogródek: - Dokąd jedziemy?
- Na krótką przejażdżkę. No, dalej. Zapewnię ci bezpieczeństwo,
nand' paidhi. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Nazwać Cenediego kłamcą na jego własnym terenie? Otaczali go
ludzie, którym pozwolił wyprowadzić się ze strefy bezpieczeństwa, bo nie chciał
dać się zastraszyć. Cenedi przysięgał, że nic mu nie grozi. Odpowiadał za jego
bezpieczeństwo i Banichi go z tego rozliczy - za cenę jego życia.
Paidhi mógł być martwy tylko do pewnego stopnia. Mógł być
zastąpiony nowym w ciągu godziny od zawiadomienia Mospheiry, że skręcił kark.
- Na twoją odpowiedzialność - rzekł do Cenediego, biorąc do
ręki wodzę. - Tabini - aiji zgłosił w moim imieniu Zamiar. Ufam, że zdajesz
sobie sprawę, co się wydarzyło zeszłej nocy.
Z tymi słowy przygotował się do włożenia nogi w strzemię i
zostawienia całej sprawy na głowie Cenediego. Zdecydowanym ruchem uderzył
Nokhadę w łopatkę, żeby zmusić ją - czy też go - do ugięcia przedniej nogi: z
telewizji wiedział, jak się wsiada
Kiedy jednak Nokhada wykonała swój krótki ukłon, a on nie
potrafił znaleźć strzemienia, a potem włożyć do niego stopy, stajenni podsadzili
go do pierścieni. Jego lekkie ciało oderwało się od pomocnych dłoni szybciej,
niż się spodziewał i zaledwie wylądował w siodle, Nokhada podniosła się z
przyklęku.
Przeleciał na drugą stronę, mimo rozpaczliwej próby chwycenia
się siodła, prosto w ręce ochrony, a Nokhada zaczęła kręcić się w kółko.
Atevi rzadko głośno się śmiali. Zrobiła to teraz Ilisidi. Babs
rzucał głową, zataczał kręgi i parskał. Stajenni próbowali złapać Nokhadę.
Teraz nie miał już wyboru. Nie miał absolutnie żadnego wyboru.
Otrzepał się, poprosił Cenediego o wodzę i z trzęsącymi się kolanami odnowił
znajomość z Nokhadą, która wygłupiła się razem z nim.
- Nie przynieś nam obojgu wstydu - mruknął do potężnej łopatki
i spróbował zmusić Nokhadę do ugięcia nogi drugi raz.
- Uderz mocniej - rzekł
Cenedi, więc Bren uderzył mocniej, Nokhada westchnęła ze znużeniem i ugięła
nogę.
Ponownie włożył nogę w strzemię i ponownie Nokhada ram z nim
wstała z przyklęku.
Tym razem spodziewał się tego. Chwycił się pierścieni przy
siodle i poddał się ruchowi Nokhady - wylądował po męsku, po czym przechylił
się, bo Nokhada nadal kręciła się w kółko.
- Poluzuj wodzę, poluzuj wodzę, nand' paidhi!
Usłyszał serdeczny śmiech wdowy i przywarł do pierścieni,
wypuszczając koniec wodzy między kciukiem i palcem wskazującym. Nokhada
wstrząsnęła się i nie przestawała się kręcić.
- Ha! - rzekła Ilisidi. Wirowy; upokarzający ruch Brena
ukazywał mu innych jeźdźców, którzy dosiadali swych wierzchowców w o wiele mniej
spektakularny sposób. Spróbował dojść do ładu z wodzą. Spróbował przeciągnięciem
ręki zaprzyjaźnić się z Nokhadą, która, zwolniwszy nieco ruch wirowy, wydawała
się teraz bardziej zainteresowana badaniem jego prawej stopy. Bren zabrał ją
szybko z zasięgu pyska mecheity.
Wtem Ilisidi coś krzyknęła, Babs minął go w nagłym pędzie,
niczym góra cienia, Nokhada wzięła to za przyzwolenie i zmieniła ostatni obrót w
sus do przodu, który wyrwał Brenowi wodzę spomiędzy palców tak mocno, że aż go.
zapiekło. Kamienna fasada budynku przemknęła obok niego, tworząc rozmazaną
plamę, podobnie brama. Podczas gdy Bren, przywarłszy do pierścieni, usiłował
odzyskać równowagę, przecięli dziedziniec i przez sklepioną bramę wjechali w
biegnący obok schodów kamienny tunel, kończący się otwartą bramą i słonecznym
blaskiem
Przed nimi było urwisko. Bren zobaczył, że Ilisidi i Babs
skręcają na drogę; szarpnął więc głową Nokhady, żeby też skręciła, co ta
potraktowała jako obrazę i z rozmysłem zatańczyła na krawędzi urwiska, mając
przed sobą zamglone jezioro, a pod sobą powietrze.
- Nie szarp jej za głowę, nand' paidhi! - krzyknął ktoś zza
pleców Brena. Minął go Cenedi, trącając go w nogę i pociągając Nokhadę za sobą
na trasę wzdłuż samej krawędzi przepaści. Nokhada potrząsała głową i wierzgała
dla kurażu.
Ilisidi zatrzymała się przed nimi na ścieżce prowadzącej pod
górę. Odwróciła się i zaczekała, aż dołączą do niej z resztą ochrony. Nokhada
była spocona i prychała. Bren dokłusował do Cenediego. Czuł drżenie w każdym
stawie i był bardzo zadowolony, że Nokhada zatrzymała się i spokojnie czeka, aż
zbiorą się wszyscy jeźdźcy.
Przeżył. Znajdował się na bezpieczniejszym stoku góry. Nokhada
nie mogła już rzucić ich obojga do jeziora. To było trudne zwycięstwo.
- Złapałeś oddech? - zapytała go Ilisidi. - Jak ci idzie, nand'
paidhi?
- Dobrze - skłamał, zadyszany.
- Ścieżka nad jeziorem jest dla początkującego trochę stroma -
rzekła Ilisidi, a Bren pomyślał, że wdowa chyba żartuje. Na tej krawędzi urwiska
nie było żadnej ścieżki. Z całą pewnością nie było żadnej ścieżki. - Jesteśmy
gotowi? Kciuk i palec, nand' paidhi. Delikatnie, delikatnie. Pójdzie za innymi.
Ty tylko się trzymaj.
Babs ruszył, Nokhada poszła za nim jak wiedziona na
niewidzialnym sznurku. Babs rzucił się pod górę, Nokhada chwilę zaczekała i
zrobiła to samo, pędząc tuż za nim. Za Brenem podążał Cenedi. Przed Ilisidi
jechało jednak dwóch mężczyzn, którzy zniknęli za grzbietem - ochrona, jak
domyślał się Bren, chociaż przypuszczał, że każdy snajper zaczekałby na bardziej
zyskowny cel.
- Ktoś naprawdę próbował mnie zabić - wydyszał do Cenediego, na
wszelki wypadek chcąc wyjaśnić wszystkie szczegóły i przekonać go, że sprawa
jest poważna. - W Shejidan. Pod własnym dachem aijiego. Bez zgłoszenia. Banichi
pewnie o tym wspominał. To nie jest wymyślone zagrożenie.
- Wszyscy jesteśmy tego świadomi - odparł Cenedi. - Naszą
najlepszą okazją była ta herbata.
Miał nadzieję, że Cenedi żartuje. Beznamiętny odwet za jego
uwagę, kiedy wsiadali.
Cenedi jednak twierdził, że cały czas wiedział o ryzyku i mimo
wszystko on czy też Ilisidi uparli się wyprowadzić go poza mury i zdać na łaskę
Nokhady. Pod pewnym względem był to gest w stylu Tabiniego, całkowite
sprzeniewierzenie się jego zakazom i rozsądkowi jego ochrony - mimo zapewnień
Cenediego, Bren był niespokojny. Przeszła mu przez głowę myśl, że jeśli w
Malguri są wrogowie bądź porywacze... to może właśnie razem z nimi teraz jedzie.
Banichi nie ostrzegł go jednak przed niczym takim. Banichi
przyprowadził Cenediego do jego sypialni. Cenedi powiedział, że wie, dlaczego są
w Malguri, i uważał, że potrafi zagwarantować mu bezpieczeństwo.
Nokhada nagle opuściła głowę, by zbadać grunt. Nie był to
najlepszy moment, więc Bren chwycił się pierścieni i szarpnął mecheitę za głowę,
żeby ją podniosła - co miało taki skutek, że urażona Nokhada zatrzymała się na
dwa uderzenia serca, przynosząc mu wstyd, po czym sama ruszyła dalej pod górę z
nosem przy ziemi.
- Złapała trop - zauważył Cenedi. Jego mecheita robił to samo,
podobnie jak znajdujący się wyżej od nich Babs. - Na twoim miejscu trzymałbym
się, nand' paidhi. Babs jest czołowym.
- Jakim czołowym?
- Mecheit' - aiji - odparł Cenedi i Bren nagle przypomniał
sobie polowania pokazywane w telewizji, legendarną zdolność mecheiti tropienia
atewskich uciekinierów lub czworonożnych zwierząt łownych. Przypomniał sobie,
jak Babs badał jego dłoń i jak obwąchiwała go Nokhada. Nagle przyszło mu na
myśl, że to nie była po prostu telewizja, coś wymyślonego czy przesadzonego.
A on nie potrafił powstrzymać cholernej mecheity, na której
siedział, przed zaniesieniem go wszędzie tam, gdzie miała kaprys udać się
Ilisidi.
Babs machnął nagle ogonem i rozpryskując żwir, ruszył ukosem
przez zbocze. Nokhada, wierzchowiec Cenediego i cała reszta, wykonała zwrot i
rzuciła się naprzód, jakby ktoś do nich strzelał. Nokhada na ślepo podążyła w
górę śladem Babsa, odsadzając się od Cenediego i pozostałych. Bren nie chciał
prowadzić, mógł jednak tylko trzymać się pierścieni i nie wypuścić wodzy z ręki.
Przed nim wyłonił się żleb, biegnący w dół pas miękkiej ziemi,
i Ilisidi nie wykazywała żadnej chęci zwolnienia biegu Babsa.
Babs skoczył.
O Boże, pomyślał Bren, oczyma wyobraźni widząc na ziemi swoje
skrwawione ciało, stratowane przez mecheiti pędzące za nim. Skulił się, z całej
siły chwycił pierścienie - nie ważę dużo, nie ważę dużo, powtarzał sobie w rytm
szaleńczego biegu Nokhady w poprzek stoku. Nokhada skoczy i nie przewróci się.
Nokhada zebrała się w sobie przed skokiem, tylne nogi pchnęły, łopatki
powędrowały w górę...
Uczucie oderwania się od ziemi, rzucenia się w przód, na co
ciało Brena instynktownie zareagowało odchyleniem się w tył - a potem
szarpnięcie, od którego pękało szkliwo na zębach, kiedy Bren jakimś sposobem
znów wahnął się do przodu i uderzył ustami w kark Nokhady.
Jej nogi znów znajdowały się pod nią, wszystkie cztery, i
wybijały grzmiący rytm. Z przodu widać było ciemny zad Babsa, który nagle zaczął
rzucać się w lewo i w prawo, śladem czegoś brązowego i białego, co przed nim
uciekało. Nokhada biegła po prostszej linii, a za nią z grzmotem niczym
trzęsienie ziemi pędziły inne mecheiti.
Gdzieś z przodu huknął strzał. Ilisidi. Cokolwiek to było,
padło na ziemię w chmurze pyłu i, ześlizgując się po zboczu, gniotło trawę.
Ochroniarze głośnymi okrzykami pochwalili strzał. Babs się
zatrzymał, a pozostałe mecheiti otoczyły go grupą, sapiąc i tupiąc, kładąc uszy,
parskając i trącając się bokami.
Bren miał rozcięte usta. Osuszył krew, patrząc, jak jeden z
ochroniarzy jedzie w dół zbocza do miejsca, gdzie padło upolowane zwierzę.
Wszyscy uważali, że Ilisidi oddała wspaniały strzał. Bren musiał się z tym
zgodzić. Dygotał. Warga już mu puchła i zapewne posiniaczył boki Nokhady,
kurczowo ściskając je nogami - wewnętrzne mięśnie ud drżały mu ze zmęczenia, a
on sam ociekał potem, chociaż w czasie pościgu nie robił nic oprócz utrzymywania
się na grzbiecie wierzchowca.
Aiji - wdowa właśnie ustrzeliła kolację dla siebie i swoich
sług. Mecheiti toczyły wokół dzikim wzrokiem i były podekscytowane, jak się
domyślał, unoszącym się w powietrzu zapachem krwi i prochu.
- Jak nam idzie, nand' paidhi?
- Wciąż tu jestem, nadi -ji. - Brzmiało to trochę zbyt
wyzywająco. - Zawdzięczam to mecheicie, nie sobie.
- Jakieś obrażenia, nand' paidhi?
Można na niej polegać. Taka sama jak Tabini. Zatroskała się -
poniewczasie.
Jej karku i mojej twarzy - odparł ze smutkiem.
- Za bardzo do przodu - orzekła Ilisidi i znów ruszyła pod górę
żwawym kłusem, podczas gdy - Bren obejrzał się przez ramię - jeden ze strażników
wciągał ubite zwierzę na siodło.
Zdolności tych wierzchowców nie wymyślili telewizyjni autorzy.
Dramaty machimi, w których uciekinier był rozdzierany ich kłami, nie
przesadzały, Bren szczeni w to wierzył. Nie chciałby się znaleźć na ziemi pod
tymi nogami albo w zasięgu tych kłów, których w czasie wojny nie zakrywano
obłymi ochraniaczami.
Zapewnienia Cenediego o całkowitym bezpieczeństwie Brena w ich
towarzystwie zaczęły się wydawać mniej więcej uzasadnione. Ale przypomniał sobie
z dreszczem, jak obwąchiwał go Babs, czując zapach, z którymi nigdy przedtem się
nie zetknął. Mecheiti - aiji, jak nazwał go Cenedi, zakodował ten zapach w swoim
zwierzęcym mózgu i w hierarchii spatronizowanej grupy, która to hierarchia, jak
zaklinali się specjaliści, rozciągała się aż na królestwo zwierząt...
Polityka. Czworonożna polityka. Na Mospheirze, gdzie prowadzono
badania drobnych miejscowych zwierząt, nazywano to zachowaniem koloniowym, na
wyspie jednak nie było niczego takiego jak mecheiti, niczego podobnego do tych
myśliwych, które jadły - pamiętał z zajęć z historii - wszystko, co mogły
wykopać z ziemi lub schwytać. Wszystkożercy. Stadni myśliwi.
Nogi miał jak z waty. Ręka trzymająca wodzę drżała, jak sobie
tłumaczył, z nadmiaru adrenaliny.
I ten wystrzał. Bren nie był przyzwyczajony do takich rzeczy.
Angażowały one jego zmysły bez - reszty, do szaleństwa, na poziomie, który taki
zawodowy ryzykant jak Cenedi na pewno dawno już przekroczył. Bren nie wiedział,
co jest ważne, chłonął więc wszystko, co trafiało do jego zmysłów, jak
szaleniec, i usiłował coś zrobić, kiedy nie było nic do zrobienia, co oczywiście
taki uporządkowany umysł jak umysł Cenediego doskonale dostrzegał.
Strażnik, którego zostawili, dogonił ich, przecinając skosem
zbocze. Z tyłu za siodłem miał przywiązane nieduże, wdzięcznie wyglądające
zwierzę. Głowa zwieszała się bezwładnie; oczy miało takie, jak zwierz na ścianie
sypialni, chociaż nie były złe, a miękkie i pełne zdumienia. Z czarnych,
delikatnych nozdrzy - ładny nos, ładny pysk - sączyła się strużka krwi. Bren z
całą pewnością nie chciał jeść dziś kolacji z wdową.
Kiełbaski nie dawały wrażenia takiej śmiertelności. Wolał
zachowywać dystans względem swoich posiłków. Tabini nazywał to skazą moralną. On
cywilizacją, a Tabini iluzją. "Wyjecie mięso poza sezonem" - mawiał. "W
niezgodzie z rytmem czasu ziemi sprzedajecie mięso dla zysku. Jecie to; co nigdy
nie biega wolne, i to nazywasz cywilizacją?".
Bren nie potrafił znaleźć żadnego argumentu przeciw temu
rozumowaniu. Jechał za, machającym ogonem, Babsem, a towarzyszący mu atevi
wymieniali między sobą uwagi na temat wspaniałego strzału wdowy. Ilisidi
stwierdziła, że skoro zaopatrzyli już spiżarnię, to teraz mogą cieszyć się samą
Przejażdżką:
W wolniejszym tempie, jak miał nadzieję Bren. Wewnętrzną część
mięśni nóg, nawet teraz, kiedy odpoczywały, wał nienaturalnie naprężoną wskutek
pozycji na siodle, a kiedy próbował usiąść wygodniej, przypadkiem kopnął
Nokhadę, i ku swemu zmieszaniu zjechał ze szlaku, zboczem prosto w dó3. Udało mu
się zatrzymać i zawrócić mecheitę dopiero po chwili.
- Nand' paidhi? - odezwał się do niego z góry Cenedi.
- Już idziemy - odparł. Przypuszczał, że Nokhada uzasadniała
użycie liczby mnogiej. W każdym razie wyraziła swoje zdanie stulonymi uszami i
ciężkim chodem, kiedy już dotarli do szlaku i dogonili koniec kolumny, gdzie
czekał Cenedi.
- Co się stało? - zapytał.
- Staramy się do tego dojść - mruknął Bren. Cenedi udzielił mu
jednak skróconego instruktażu: dotknięcie stóp wskazuje kierunek, lekkie
pociągnięcie wodzy pobudza uwagę lub powstrzymuje otwarty bunt. Nie dotykaj
nosa, nie ciągnij za pysk. Lewa stopa, idź w prawo; prawa stopa, idź w lewo;
lekkie pociągnięcie, idź szybciej; mocne pociągnięcie, zwolnij. Nie kop
mężczyzny w krocze ani mecheity za żebrami.
Wydawało się to cywilizowanym układem.
- Jeśli będzie chciała skoczyć - rzekł Cenedi - zrób tak, jak
przedtem. Twoja waga jej nie przeszkodzi. Czy strzemiona są wystarczająco
krótkie?
- Obawiam się, nadi, że nie mam pojęcia.
- Powiedz, jeżeli złapie cię skurcz w nogach.
- Na razie nie złapał. - Nie wspomniał o wacie, w jaką się
zmieniły. Przypisał to swemu przerażeniu, i wysiłkowi mięśni, których zwykle nie
używał.
- Dobrze - stwierdził Cenedi i odjechał stromym skosem pod
górę. Jego mecheita pochyliła głowę i od czasu do czasu węszyła po ziemi, ani na
chwilę nie wypadając z rytmu długich kroków.
Dziwna umiejętność. Mecheita węszyła za czymś na ziemi, a kiedy
dotarli na grzbiet wzniesienia, uniosła głowę, by powęszyć w powietrzu.
A Cenedi panował nad swoim wierzchowcem z taką przeklętą
swobodą. Teraz zatrzymał się, dał sygnał ręką i Ilisidi wypuściła Babsa pod górę
dość szybkim krokiem.
Nokhada pobiegła po skosie pod górę, za wszelką cenę chcąc
odzyskać drugie miejsce w szeregu. Niech to licho, pomyślał Bren, przecinając
drogę strażnikom; bał się jednak pociągnąć za wodze wśród skał i obsuwającego
się żwiru.
- Przepraszam! - zawołał przez ramię. - Nadiin, to jej pomysł!
- To wywołało śmiech ochroniarzy, a Nokhada znalazła się za ogonem Babsa.
To przynajmniej lepsze niż niechęć. Wśród mecheiti rzeczywiście
panuje hierarchia i Ilisidi oraz wszyscy inni wiedzieli, że choćby się waliło i
paliło, Nokhada ustawi się za Babsem. Zart im się udał. Bren zyskał rozcięcie
wargi i ból mięśni, ale nie spadł i dobrze przyjął żart. Wcześnie nauczył 'się
tak właśnie postępować, przynajmniej na dworze Tabiniego, i tak właśnie
postępował z Tabinim:
Człowiek po prostu nie cofał się przed wyzwaniem - a atevi
musieli wypróbować nowicjusza, choćby tylko dlatego, żeby ustalić jego miejsce w
porządku rzeczy; robili to z każdym i robili to rutynowo, by w jednej chwili
wykryć głupca lub przywódcę... Bren nie planował być dla nich tym pierwszym, ani
zostać drugim, żeby nie zagrozić Ilisidi, Cenediemu, czy komukolwiek innemu.
A
kiedy spostrzegł, że Ilisidi sobie z niego zażartowała, i dał to po sobie
poznać, wtedy sprawy przybrały łatwiejszy obrót: mógł jechać za ogonem Babsa i
nie przejmować się miejscem, jakie wyznaczyła mu Ilisidi, dając mu mecheitę
odpowiednią dla gościa wysokiej rangi, wywodzącego się z osobistego personelu
Tabiniego. Poza tym Bren doceniał humor całej sytuacji: mecheita, która da
popalić niewprawnemu gościowi, szczególnie, jeżeli ten sądzi, że sam sobie
wybierze miejsce w szeregu albo że się będzie spierał z Ilisidi.
Upokorzyć go? Ilisidi mogła to zrobić jednym machnięciem
palcata. Jechać w takim terenie za skoczkiem, który zapewne wygrywał zawody?
Paidhi - aiji miałby dużo szczęścia, gdyby ucierpiała na tym tylko jego godność.
Musiał jednak przejść próbę Ilisidi zwycięsko, skoro Cenedi dał
mu co najmniej uczciwe wskazówki, jak kierować mecheitą w lewo, w prawo, jak
ruszać i zatrzymywać ją. Wiedza ta wystarczyła, by wpędzić głupca w kłopoty lub
powstrzymać osobę mądrzejszą przed zrobieniem czegoś zupełnie szalonego jak ten
wyjazd z bramy i droga nad urwiskiem. Bren był teraz przekonany, że wcale nie
jest ono tak strome, jak mu się początkowo wydawało, i że Nokhada ma pewniejszy
chód, niż sądził. Spuścić paidhiego ze zbocza? Tak. Stracić rasowego mecheitę?
Kobieta, która z powodu kilku zadrapań zaatakowała gospodarza terenu palcatem?
Nie miał całkowitej pewności. Podanie herbaty na pewno było
obliczone na przekazanie jakiejś informacji; Bren nie miał też całkowitej
pewności, czy Ilisidi była niewinna w tej kwestii - chociaż założyłby się, że
gwałtowność jego reakcji przysporzyła wdowie i Cenediemu trochę zmartwienia.
Ogólna lekkomyślność atevich w sprawach życia i śmierci oraz bihawa, ta
agresywna skłonność do wypróbowywania obcych, zdradziła ich i postawiła w nieco
niekorzystnej sytuacji: Bren podejrzewał, że pod tym względem był to
rzeczywiście wypadek - plama na ich wspólnej godności, którą musieli zmyć.
Musieli. A Bren nie mógł przyjąć zaproszenia na śniadanie, a
potem wymówić się od tej przejażdżki z Ilisidi. Odczytał to właściwie. Niech tam
Banichi mówi, co chce, on odczytał to właściwie.
Osiągnąwszy więc coś w rodzaju statusu w grupie Ilisidi, miał
nadzieję po prostu cieszyć się odtąd słońcem i górą - samą jej wysokością i
rozpościerającym się pod nią światem, tworzącym krajobraz zapierający dech w
piersiach.
Jechali przez wysoką, falującą na wietrze trawę, na grzbiecie
wzniesienia gęsto przetykaną żółtymi, strzępiastymi kwiatkami, mając niczym nie
zakłócony widok na jezioro i wznoszące się po jego drugiej stronie góry. Przy
każdym oddechu Bren czuł ciężki zapach ziemi, trawy i zgniecionych kwiatów,
naoliwionej Skóry uprzęży oraz miękką, piżmową woń samych mecheiti. Trawa i
żwirowate podłoże przywiodły mu na pamięć żywe wspomnienie ostatniego razu,
kiedy polował z Tabinim w Taiben, mozolnie wspinając się pieszo na pokryte pyłem
wzgórza.
Tabini starał się pokazać Brenowi co trudniejsze aspekty
polowania i podkradania się...
Wszystko stanęło mu przed oczyma bardzo wyraźnie: tamten dzień,
tamten dokładny czas, jakby rzeczywistość wsi i rzeczywistość miasta były w jego
umyśle oddzielone od siebie tak dokładnie, że istniały w oddzielnych
strumieniach czasowych, i wchodząc do jednego z nich, Bren zaczynał tam, gdzie
poprzednio skończył, bez żadnych pośrednich wydarzeń. Czas mu się wymykał,
stawał się zdradliwy. Dzisiejsze głupie ryzyko zmieniło się niepostrzeżenie w
przypadkowy, oszałamiający sukces: paidhi dosiada mecheity, tysiąc, dwatysiące
mil od bezpiecznej Mospheiry, i cieszy się widokami, zapachami i dźwiękami,
jakich nie doświadczył jeszcze żaden człowiek. Mecheiti z dramatów machimi
okazały się tak prawdziwe jak pył, kwiaty i słońce.
A najdziwniejsza z tego wszystkiego była cisza, która nie była
ciszą, lecz całkowitą nieobecnością - co świadomie zauważył po raz pierwszy w
życiu - hałasu maszyn. Dźwięki docierające do uszu Brena były bogate same w
sobie: wiatr, skrzypienie skóry, pobrzękiwanie pierścieni przy uprzęży i uździe,
chrzęst żwiru, poszum trawy na wzgórzu - ale Bren nigdy nie był jeszcze w żadnym
miejscu, nawet w Taiben, gdzie by nie widział linii wysokiego napięcia czy nie
słyszał choćby najsłabszego hałasu samolotu, przejeżdżającego pociągu, czy po
prostu ogólnego szumu pracującej maszynerii. Nawet nie wiedział, że ten szum
istnieje, dopóki nie doświadczył jego nieobecności.
Pod nimi widać było maleńkie z tej odległości mury Malguri. Z
pewnością niewielu atevich miało przywilej zobaczenia ich z tej perspektywy.
Wśród wszystkich tych wzgórz i na całym brzegu jeziora nie można było dostrzec
ani drogi, ani torów kolejowych, ani żadnego śladu atewskich siedzib, z
wyjątkiem tych murów.
Czas znów zawirował. Bren wyobraził sobie trzepoczące na
wietrze chorągwie z dramatów machimi, starcia zdrady z konspiracją wśród wzgórz,
fortecę oczekującą ataku. Jak wywabić jej pana na otwartą przestrzeń albo
wprowadzić zabójców za mury, angażując w konflikt pojedyncze osoby zamiast
całych armii - ratując istnienia, ratując bogactwa, ratując ziemię od przyszłych
waśni?
I zawsze w tych dramatach był domownik wielmoży z zadawnionymi
pretensjami, zaufany zabójca o niejasnym man'chi oraz coś, co aiji na smaganym
wiatrem wzgórzu lub aiji w murach fortecy powinien wiedzieć, ale czego nie
wiedział. Człowiek niemal słyszał łopot chorągwi na wietrze, chrzęst zbroi...
Atewska cywilizacja, atewska historia, która teraz kwitła wyłącznie w machimi, w
telewizji - gdzie ludzka historia nie pojawiała się w ogóle.
Było coś nieoczekiwanie kuszącego w całym tym widoku: od
jaskrawej krwi na upolowanym zwierzęciu po jego białe i brązowe futro, od
niedbale spadających odchodów mecheiti po zapach kwiatów, aromat zgniecionej
trawy i leniwe ruchy uszu wierzchowca. Nie była to ta sama rzeczywistość, co w
salach Bu - javid. Z całą pewnością nie była to Mospheira. Był to świat atevich
- taki, jakim ludzie mogli go nigdy nie zobaczyć, ponieważ sąsiadowali jedynie z
kominami i maszynami parowymi Shejidan.
Był to świat, którego za jakieś sto lat mogą już nie zobaczyć
albo i nie zrozumieć sami atevi. Przyszłość, która naturalnym biegiem rzeczy
wyrośnie z przeszłości Malguri, nie rozwinie się już wyłącznie na atewską modłę
- ponieważ Mospheira dała atevim kolej i satelity komunikacyjne, ponieważ
odrzutowce woziły atewskich podróżnych po kraju zbyt wysoko i zbyt szybko, żeby
mogli zobaczyć takie miejsce jak Malguri.
Spierał się z Tabinim o mięso i sezony polowań, uważając
atewskie obyczaje za... niewygodne.
Lecz w tym sporze chodziło też o odrzutowce i satelity. O atak
na jeszcze jeden bastion przeszłości.
A jeśli już o ataku mowa...
- Czy rozmawiałeś z Banichim, nadi? - zapytał Cenediego, który
jechał za nim. - Nie chciałbym wjechać na jakieś zabezpieczenia.
Cenedi poczęstował go spojrzeniem bez wyrazu.
- My też nie, nadi.
Znał tę reakcję. Życzliwość kamiennego muru. Oznaczało to, że
paidhi nie miał wiedzieć o zabezpieczeniach - albo że Cenedi o nich nie wie i
nie cieszy się zaufaniem Banichiego, a teraz myśli, że on to zaufanie ma, co nie
na wiele się zda, jeżeli wjadą na coś, czego Bren nie potrafi przewidzieć.
Lecz ci dwaj, którzy odłączyli się od nich na początku, wciąż
nie wracali ani nawet się nie pokazali. Pewnie są po drugiej stronie grzbietu.
Co pewien czas Babs opuszczał łeb i węszył po ziemi. Nokhada postępowała
podobnie, co pociągało za sobą niespodziewane potknięcia i zapadanie się
łopatki, ale Bren nauczył się odczytywać zamiary mecheity z ustawienia jej uszu
i rytmu kroków.
Pomyślał, że nie są to zwierzęta, które łatwo można złapać w
pułapkę i które weszłyby na ślepo w coś podejrzanego na ich drodze.
Zaczął się uspokajać. Malguri nie było zachwaszczoną,
opuszczoną posiadłością, którą mogli sobie dowolnie odwiedzać przedsiębiorczy
zabójcy. Intruzów powinna odstraszać sama obecność mecheiti.
Człowiek mógł też chyba słusznie uwierzyć, że ta awaria prądu,
która wciąż nie została zlikwidowana w Malguri, była zwykłym skutkiem uderzenia
pioruna, zwłaszcza, że prądu nie miała też chyba jedna czwarta miasteczka w
dolinie.
Ilisidi zapytała, czy przespał całe to zamieszanie - a
właściwie nie: Ilisidi nazwała tę noc wesołą i zapytała, czy wszystko przespał.
Co miał przespać? Awarię prądu? Czy strzały w nocy, nerwowy
palec Tano na spuście i rozmowy Banichiego przez radio?
Ani Banichi, ani Jago
nie dali mu wskazówek, co ma robić, o ile wiedzieli o planowanym rannym
polowaniu. Żadne z nich nie ostrzegło go, że może zostać zaproszony... Może
ufali mu jako paidhiemu. Albo po prostu nie wiedzieli.
Ale Tabini, który niewątpliwie znał aiji - wdowę jak nikt inny
w Shejidan, stwierdził, mówiąc o kontaktach Brena z Ilisidi, by postępował
dyplomatycznie.
Ilisidi zwolniła i zatrzymała się tam, gdzie szlak znów
zaczynał opadać w dół.
- Z tego miejsca - rzekła, wskazując ręką na rozciągający się
przed nimi widok - widać trzy prowincje: Maidingi, Didaini, Taimani. Jak ci się
podoba moja ziemia?
- Jest piękna - odparł szczerze Bren.
- Moja ziemia, nand'
paidhi.
Wszystko, co mówiła Ilisidi, miało jakiś cel i było starannie
ułożone.
- Twoja ziemia, nar -ji. Wyznaję, że opierałem się wysłaniu
mnie do Malguri. Uznałem, że wyjazd nie leży w moich obowiązkach. Myliłem się.
Inaczej nie dowiedziałbym się o istnieniu smoketek. Nigdy w życiu nil dosiadłbym
mecheity. - W tej chwili zgadzał się wewnętrznie z tym, co mówił, ciesząc się
krótkiem odpoczynkiem od Banichiego, Jago, i trzeźwej odpowiedzialności, ciesząc
się - postawa atevich była zaraźliwa z okazji do przekroczenia ograniczeń, jakim
paidhi z konieczności podlegał w życiu prywatnym i zawodowym. - Ale Banichi
zabije mnie, kiedy wrócę.
Ilisidi spojrzała na niego z ukosa, a kąciki jej ust zacisnęły
się.
Te dosłowne umysły atevich.
- Mówiąc obrazowo, nai -ji.
- Jesteś pewien mojego wnuka?
Niepokojące pytanie.
- A czy powinienem mieć wątpliwości, nai -ji? - Ilisidi z
pewnością była właściwą adresatką tego pytania, ale człowiek nie mógł wierzyć
jej odpowiedzi. Nikt nie znał man'chi Ilisidi. O ile Bren wiedział, ona nigdy
się nie zdeklarowała, a przynajmniej gdyby Banichi i Jago o tym wiedzieli, to by
mu powiedzieli.
Nie znał też jednak man'chi Tabiniego. Z aijiin było tak zawsze
- nie mieli man'chi albo nie znajdowało się ono w zasięgu ich podwładnych.
- Tabini to solidny młodzieniec - rzekła Ilisidi. - Młody.
Bardzo młody. Technika rozwiąże wszystko.
Wskazówka co do jej myśli i motywów? Nie był pewien.
- Nawet paidhi nie twierdzi, że tak jest, nai -ji.
- Czyż Traktat nie zakazuje - to chyba wy na to nalegaliście -
mieszania się w nasze sprawy?
- Zakazuje, nar -ji. - Niebezpieczny teren. Bardzo
niebezpieczny teren. Ta kobieta wcale nie jest tak krucha, na jaką wygląda. -
Czy moje postępowanie kiedykolwiek wydawało się z tym sprzeczne? Bądź łaskawa mi
to powiedzieć.
- Czy mój wnuk ci to mówi?
- Gdyby mi powiedział, że się wtrącam, to przysięgam ci,
nai-ji, że na pewno zastanowiłbym się nad moją działalnością.
Przez chwilę
milczała. Jadąc obok niej w wietrznej ciszy, myślał z niepokojem, czy cokolwiek,
co powiedział, zrobił lub poparł w trakcie rozmaitych posiedzeń mogło bić
kontrowersyjne albo, jak zasugerowała wdowa, zostać uznane za wtrącanie w sprawy
atevich czy zbyt szybkie przepychanie techniki.
- Proszę cię, aiji-ji. Mów bez ogródek. Czy ja sprzeciwiam się,
czy też popieram stanowisko, z którym ty się nie zgadzasz?
- Cóż za dziwne pytanie - rzekła Ilisidi. - Dlaczego miałabym
ci to powiedzieć?
- Ponieważ postarałbym się dojść twoich pobudek, nar-ji, nie
przeciwstawiać się twoim interesom, nie odbierać ci twoich środków, lecz unikać
obszarów twojego największego zainteresowania. Pozwól sobie przypomnieć, że my
nie posługujemy się zabójcami, nai-ji. My nawet nie bierzemy pod uwagę takiej
możliwości.
- Ale biorą ją atevi, którzy mogą popierać twoje stanowisko.
Ten argument słyszał już przedtem. W rozmowie z Tabinim potrafił go obejść.
Tęsknił za jego towarzystwem, pragnął go tylko zapytać, bezpośrednio dowiedzieć
się rzeczy, o których nikt inny ostatnio mu nie mówił.
I podobnie jak kilka razy od czasu przybycia do Malguri, znów
miał poczucie zaburzenia: w jednym momencie był przekonany, że wszystko jest w
porządku, a zaraz potem bez żadnej przyczyny w to wątpił, przypominając sobie,
jak całkowicie jest odizolowany, bardziej niż kiedykolwiek, od swego zaplecza.
- Wybacz mi moje pytanie - powiedział do Ilisidi - ale paidhi
nie zawsze jest na tyle mądry, by zrozumieć swoją pozycję w waszych sprawach.
Mam nadzieję na twoją dobrą opinię, nai -ji.
- Co masz nadzieję osiągnąć podczas swego urzędowania?
Nie
spodziewał się tego pytania. Odpowiadał jednak na nie wielokrotnie podczas
posiedzeń.
- Postęp dla atevich i ludzi, nar -ji. Postęp, krok ku
technicznej równości, w tempie, które nikomu nie zaszkodzi.
- To jest pewnik, prawda? Zawarty w Traktacie, nieciekawy i
nudny pewnik. Bądź mniej skromny. Podaj tę jedną cudowną rzecz, której chciałbyś
dokonać przed śmiercią - dar, którym w swej wielkiej mądrości chciałbyś nas
najbardziej obdarzyć.
Nie uważał, że jest to niewinne pytanie. Mógłby wymienić kilka
rzeczy. Naprawdę nie miał jasnej odpowiedzi.
- Nie wiem - odparł.
- Co, paidhi bez pojęcia, co chce zrobić?
- Krok za krokiem,
nar-ji. Nie wiem, co jest możliwe. A już samo powiedzenie ci pogwałciłoby
zasady...
- Najambitniejsza sprawi, jaką kiedykolwiek popierałeś.
- System kolei.
- Też coś! To my wynaleźliśmy kolej. Wy ją ulepszyliście.
To
była prawda, chociaż atewskie pociągi i statki parowe nie odznaczały się wysoko
zaawansowaną konstrukcją, a ich kotły wybuchały z przerażającą regularnością.
- A co więcej, paidhi? Rakiety na księżyc? Podróże wśród
gwiazd?
To dużo bardziej niebezpieczny temat.
- Owszem, chciałbym dożyć chwili, kiedy atevi przynajmniej
osiągną ten próg. Tyle mielibyście wtedy możliwości, nai-ji, tyle moglibyście
zrobić. Nie mamy jednak pewności co do zmian, jakie to by za sobą pociągnęło, a
ja chcę zrozumieć, co by się mogło stać. Chcę dawać dobre rady. To moje zadanie,
nai-ji. Nigdy dotąd nie zdawał sobie z tego sprawy tak wyraźnie. Jesteśmy na
skraju kosmosu. Kiedy da się spojrzeć na świat z góry, możliwych jest tyle
zmian...
- Jakich zmian?
Kolejne niebezpieczne pytanie, tym razem pod względem
kulturalnym i filozoficznym. Bren spojrzał na jezioro. Wydawało mu się, że
poniżej ścieżki, którą jadą, leży cały świat.
- Wysokość zmienia perspektywę spojrzenia, nar-ji. Stąd widzimy
trzy prowincje. Moje oko nie widzi jednak granic wytyczonych Traktatem.
- Moje potrafi. Ten grzbiet. Rzeka. Są zupełnie wyraźne.
- Ale
gdyby ta góra sięgała do księżyca, nar-ji, i jeżeli urodziłabyś się na tej
bardzo wysokiej górze, to czy widziałabyś te linie? Albo gdybyś je widziała, to
czy te odległe, niewidzialne linie znaczyłyby dla ciebie to samo, co dla osób
urodzonych na równinie?
- Man'chi to man'chi. Ważne jest man'chi. A dla mieszkającego
na granicy - jakie znaczenie mają te linie, które ustalają aijiin? Man'chi nigdy
nie widać.
Przyjemnie było spodziewać się takiej odpowiedzi, jaką człowiek
dostawał, takiej, jaką nieodmiennie dawał Tabini. Miło było pomyśleć, że
człowiek dokładnie przewidział tok myślenia atevy. Ta wiedza na temat Ilisidi
była pożyteczna.
- A zatem to by nie uległo zmianie - rzekł Bren. - Nawet gdybyś
stanęła na najwyższej górze.
- Man'chi nigdy się nie zmienia - powiedziała Ilisidi.
- Nawet
jeśli na całe lata opuścisz świat?
- W piekle czy na ziemi, man'chi jest niezmienne. Wy, ludzie,
jednak tego nie rozumiecie. - Babs trafił na niewielkie wzniesienie i przez
chwilę szedł samotnie, dopóki Nokhada go nie dogoniła. Ilisidi - wdowa ciągnęła:
- A jeżeli już się zmieni nan'chi, to nigdy nie mówi się tego swoim wrogom.
To też było w dramatach machimi. Katastroficzne wydarzenie,
przenicowanie założeń wyznawanych przez całe życie. ZaWsze jednak w kierunku
prawdy. Zawsze w kierunku właściwego man'chi. .
Ilisidi nie wyjaśniła swojej uwagi. Może Bren powinien zadać
jakieś mądre pytanie. Wyobraźnia go jednak zawiodła.
- Kiedy tu przybyliśmy, nai -ji, rzeczywiście nie rozumieliśmy
waszego podejścia do wielu spraw: Nie rozumieliśmy atevich. Wy nie rozumieliście
nas. To była jedna z wielkich i pożałowania godnych przyczyn wojny.
- Pożałowania godną przyczyną wojny było zajęcie przez ludzi
Mospheiry, do czego nie mieli żadnego prawa. Setki tysięcy atevich zostało
przesiedlonych. To było złamanie man'chi, bo nie mogliśmy dać sobie rady z waszą
bronią, nand' paidhi. - Wdowa nie mówiła z gniewem, lecz surowo i z naciskiem. A
teraz powoli podnosicie nas do poziomu umożliwiającego posługiwanie się
techniką, coraz większą ilością techniki. Czyż nie wydaje się to niemądrym
postępowaniem?
I z tym pytaniem nie spotkał się po raz pierwszy. Atevi
zadawali je między sobą, kiedy myśleli, że do paidhiego niej dotrze żadne
sprawozdanie z ich dyskusji. Zawiedzeni radni rzucali je paidhiemu na
posiedzeniach rady. Nawet Tabiniemu nie mógł dać prawdziwej odpowiedzi, której
nie dawało się przetłumaczyć: "Sądziliśmy, że potrafimy zrobić z was naszych
przyjaciół".
Podał zatem oficjalną, starannie wypracowaną i dającą się
przełożyć odpowiedź:
- Widzieliśmy możliwość stworzenia patronatu. Tu, gdzie rzucił
nas los, w waszej dobrej woli względem nas widzieliśmy korzyść.
- Mówicie nam, czy mamy mieć drogi, czy kolej. Odmawiacie nam
tego, co chcecie nam odmówić. Obiecujecie nam cuda. Ale, jak słyszę, wielkie
cuda są na Mospheirze, ku uciesze ludzi, którzy mają brukowane drogi.
- Mamy ich bardzo mało. Mniej niż wy.
- Na kontynencie tysiąc razy większym od Mospheiry. Bądź
uczciwy, nand' paidhi.
- Przy pojazdach nie mających silników spalinowych. To
nadejdzie, nai -ji, to nadejdzie.
- Za twojego życia... czy mojego?
- Może za trzydzieści lat. Może wcześniej. To zależy od tego,
czy będziemy mieli odpowiedni przemysł. Od znalezienia środków. Od tego, czy
patronaty i prowincje uznają współpracę przy produkcji aparatury i przy
posługiwaniu się komputerami za rzecz polityczną. Od man'chi i tego, kto zechce,
a kto nie zechce pracować razem, i od powodzenia pierwszych programów .. ale nie
muszę tego mówić aiji - wdowie, która zna upór inwestorów.
Rozbawił wdowę, choć roześmiała się krótko i ponuro. Czarny
profil Ilisidi odcinał się wyraźnie na tle spowitego w mgiełkę wynikającą z
odległości jeziora i nieba. Przez chwilę jechali górskim grzbietem w milczeniu,
wiatr bawił się grzywami mecheiti, a on, drobny jak dziecko, kiwał się na
grzbiecie stworzenia wyhodowanego po to, by nosiło atevich na ich nieczęste i
straszliwe wojny.
- Tam jest lotnisko - odezwała się Ilisidi, pokazując ręką
przed siebie.
Wytężając wzrok, dostrzegał chyba lotnisko Maidingi, obok
zamglonego obrazu aglomeracji, którą uznał za miasto Maidingi. Bliżej widział
wijącą się w dół drogę - albo to, co za nią brał.
- Czy to jest miasto? - zapytał. Wiedział, że to głupie
pytanie, ale chciał przerwać milczenie. Ilisidi potwierdziła. Potem, patrząc na
rozległą równinę, Ilisidi pokazywała, gdzie leżą wioski otaczające Maidingi i
wymieniała nazwy roślin, regionów i gór leżących za jeziorem.
Bren myślał jednak o historii, z którą się zetknął w książkach
w swoim pokoju, o zamku wytrzymującym atak Patronatu zza jeziora, jeszcze zanim
pojawiły się armaty. Malguri od wieków opierało się atakom ze wschodu.
Powiewające chorągwie, dym z dział na murach...
"Nie bądź romantyczny" - powiedział mu jego poprzednik. "Nie
wyobrażaj sobie. Patrz, obserwuj i pisz sprawozdania". Dokładność. Nie bujanie w
obłokach.
Od dokładności paidhiego zależało wiele istnień. Od
prawdziwości jego spostrzeżeń zależały miliardy istnień.
A także od dokładnego reprezentowania obu stron względem
siebie.
Ale, pomyślał Bren, jak bardzo o nich zapominamy? Jak bardzo
zachęcamy ich do przegranej? Ile lekceważymy, narzucając im nasze priorytety i
nasze stadia rozwoju techniki?
A może te możliwości rzeczywiście zostały tu zapomniane? Czy
kiedykolwiek były całkowicie zapomniane?
Dojechali na koniec grzbietu. Nad południowy kraniec jeziora
napływały chmury. Zawisły nad ciemnoszarymi wodami, same ciemnoszare od spodu,
rozświetlane błyskawicami. Błękitne wschodnie szczyty były jednak oświetlone
ukośnymi promieniami słońca, które zmieniały wodę wzdłuż malgurskiego brzegu w
wypolerowane srebro. Z gniazda wśród skał wyskoczyła smoketka, głośno skarżąc
się wiatrom. Zagrzmiało: Druga smoketka pełzła w górę po skale. Po locie musiały
wracać w ten mozolny sposób ze złożonymi skrzydłami, używając szponów na ich
końcach do znajdowania oparcia na stromych urwiskach.
Smoketki były też w Shejidan. Bren słyszał, że budynki w
okolicach parku mają pochyłe ściany, żeby smoketki mogły po nich pełzać. Atevi
cenili je za upór, za pragnienie latania, mimo wiedzy, że droga powrotna jest
niepewna i najeżona niebezpieczeństwami.
Drapieżnik w locie - i potencjalna ofiara w drodze powrotnej.
Ilisidi zawróciła Babsa na końcu szlaku i puściła się po skosie
w dół, między skały. Bren pojechał za nią.
Po pewnym czasie minęli stary, zrujnowany budynek. Cenedi
objaśnił, że to stanowisko artyleryjskie z czasów pewnego prowincjonalnego
sporu, ale że jego fundamenty są starsze i że niegdyś stała na nich forteca
zwana Tadiiri, Siostra, najeżona lufami armat.
- W jaki sposób obróciła się w ruinę? - zapytał Bren.
- Zatarg z Malguri - nikł Cenedi. - Oraz beczka wina, która nie
posłużyła aijiemu Tadiiri i jego dworowi.
Trucizna.
- Ale cała forteca? - wymknęło się Brenowi.
- Zabrakło finezji - wyjaśnił Cenedi.
Wtedy Bren zorientował się, kim jest Cenedi - kimś takim samym,
jak Banichi i Jago. Był też całkowicie przekonany, że fakt, iż otarł się o
śmierć, był dla Cenediego żenujący, jak tamten sam powiedział, z powodów
zawodowych.
- Potem - ciągnął Cenedi - Tadiiri zostało zniszczone; a jego
armaty zabrane. Kiedy przyjechałeś, widziałeś je przy głównym wejściu.
A on nawet nie był pewien, czy są autentyczne. Myślał, że to
jakiś pomnik. Nie wiedział takich rzeczy. Okres wojen i armat był jednak tak
krótki! Wojna na ziemi atevich tak rzadko była sprawą starć, a prawie zawsze
manewrów i zdrady. Armie strzegły swoich przywódców. Ateva najbardziej musiał
strzec się zabójstwa.
A on jechał sobie z Ilisidi i jej strażą, zostawiwszy ochronę
pożyczoną mu przez Tabiniego.
A może to zmuszenie go do przejażdżki było w kategoriach
atevich manewrem, pozą, deklaracją pozycji i władzy? Być może okaże się, że
wypił lub zjadł coś innego, niezdrowego dla ludzi. Jeśli atevi źle życzyli
człowiekowi, to mógł się zetknąć z wieloma niebezpieczeństwami.
A Banichi i Cenedi rzeczywiście rozmawiali ze sobą, wkraczając
wzajemnie na swoje tereny - Banichi był zły na Brena za przyjęcie zaproszenia,
Banichi powiedział, że nie było sposobu wycofać się z obietnicy - ale to
wszystko działo się z atewskich powodów, to atevi starali się w najlepszym
wypadku zażegnać konflikt między Tabinim i jego babką, i może była to próba
władzy, jaką ma tu Banichi? Bren po prostu nie potrafił powiedzieć.
Może Ilisidi i Tabini przedstawili swoje stanowiska, i odtąd
można mieć nadzieję na pokój między dwoma odłamami rodu Tabiniego?
Rzeczywiście, to dyplomacja, pomyślał, znów wjeżdżając na swoje
miejsce za ogonem Babsa.
Zrozumiał, kto rządzi w Malguri. Z całą pewnością dotarło to do
niego jasno i wyraźnie. Przypuszczał, dzięki Banichiemu, że Tabini.
Jednocześnie sądził, że jest tu może nieco bezpieczniejszy,
jeśli strzeże go zarówno Ilisidi, jak i Tabini.
następny |